-Dobra, Liam, odpuść. - mówi jakiś mulat.
Wow, czy on mnie broni? Odzyskawszy zgubę zmierzam w kierunku sali gimnastycznej, mając nadzieję, że spotkam tam pana od lekcji W-F'u. Oczywiście siedzi na swoim tradycyjnym miejscu - parapet okna i pisze coś w dzienniku.
-Proszę pana, ja... - zaczynam, lecz mężczyzna mi przerywa.
-Nie, Racquelle, nie będziesz mi przynosić zwolnienia co drugą lekcję ze mną. Dziwi mnie fakt, iż nie jesteś ani obłożnie chora ani kontuzjowana, także zachowaj to zwolnienie na poważniejszy problem, a nie ból od wysiłku pisania na geografii. - dokańcza pan Stewart. Nie wiem, czy mam spalić się ze wstydu, czy iść jak najdalej od niego. Szczęście, że nie powiedział tego przy całej klasie, ponieważ wtedy Liam sprawiłby mi większy ból niż zawsze przedtem.
-Boże, pan jest nie do zniesienia. - mówię oburzona i krzyżuję ręce na piersiach. Ten typ przyprawia mnie o ból głowy i nerwicę.
-Ha ha, kto to mówi. Laska...
-Dziewczyna, lub UCZENNICA. - poprawiam go.
-...dziewczyna, która co drugą lekcję ma zwolnienie z Bóg wie czego?
-Nie mam ochoty się z panem kłócić, ale jeśli jestem chora na nerki to raczej wypadałoby przyjąć to, co nie? Chyba, że jest pan sknerusem, który dba o własny tyłek. - wytykam mu.
-O nie, Jones, tego już za wiele. - chwyta mnie za t-shirt, w tym czasie, co pan dyrektor wchodzi do pomieszczenia. Mina profesora układa się w " :O "
-Ma mi coś pan do powiedzenia, panie Stewart? - mówi doniosłym tonem władca szkoły.
-Właściwie... to ona chciała mnie namówić na seks, broniłem się. - kłamie.
-Ha ha, Mick, myślisz, że nabiorę się na takie gierki? Racquelle i seks? Z nauczycielem? - kpi dyrektor.
-Właściwie to ten... pan - mówię - nie chce przyjąć mojego zwolnienia z lekcji. Mówi, że nie można przynosić jego co drugą lekcję. Ale co tam, woli mnie osądzać o próbę molestowania. Ha ha.
-Stewart, do gabinetu, ty na przerwę. Dam wam zastępcę. - odpowiada pan Manson i wychodzi z profesorem.
Opuszczam salę sportową, a przed nią czeka na mnie grupa dzieciaków podsłuchujących moją rozmowę. W tłumie zauważam kpiącego z mojej "przemowy" Liama. Zaczyna chcieć mi się płakać lub COKOLWIEK, aby uwolnić się od tych przerażających typów.
-No, no, Rocky. - zaczyna.
-Racquelle ! Rocky mogą używać tylko rodzina i przyjaciele. - wrzeszczę.
-Dobra, Racquelle, jak mizianko z profesorkiem Stewartem? - nabija się ze mnie.
-Kurde, Liam, proszę, odpuść, okej? Nic się nie wydarzyło, a poza tym chyba nieładnie podsłuchiwać. - mówię, na co się uśmiecha. Wow, wygląda to...słodko, ale i tak go nienawidzę.
-Nieeee, no coś ty, Racquelle, zbyt cię nienawidzę, abym odpuścił.
-A ja ciebie też. - odpowiadam, co wywołuje u niego niekontrolowany śmiech. - Z czego bekasz?
-Z ciebie, Rocky. - odpowiada, na co ja reaguje skrzywieniem.
-Racquelle, dla nieznajomych, nie możesz zrozumieć? - warczę.
-Okej, Jones. - poprawia się na nazwisko.
-Jeszcze gorzej.. - mruczę pod nosem.
-Nie chciałaś Rocky, masz Jones. - cwaniacki uśmieszek pokazuje mu się na twarzy. Przygryza wargę i uśmiecha się bardziej.
-Po prostu Raquelle, okej?
-Okej, panno Racquelle Jones.
Mój Boże, uwielbiam się z nim kłócić po... tak jakby przyjacielsku. Ale nie, nie jesteśmy przyjaciółmi. Zdarza nam się taka kłótnia, w której któreś z nas wybucha śmiechem, ale rzadko, ponieważ Payne jest osobą, która jak się kłóci, to wyraża co myśli i w ten sposób czuć można ból.
W tym czasie podchodzi do nas kolega Liama i porywa przyjaciela gdzieś wgłąb korytarza, a szkołę wypełnia głośny dźwięk dzwonka na lekcje. Z gabinetu wychodzi pan dyrektor oznajmiający, że mamy wolną godzinę, ale jak będziemy hałasować, to pójdziemy na matematykę.
Widzę przed sobą dwie sylwetki zmierzające w moją stronę. Jedna z nich odchodzi, a druga nadal tu idzie. Liam. Czerwony ze złości. Nie wiem, czy mam się śmiać czy płakać na widok bruneta z burakiem na twarzy.
-Rocky, chodź do kibla. - oznajmia zły.
-Racquelle. - poprawiam go. - Ale to męska toaleta.
-Trudno, chodź. - przywołuje mnie gestem ręki.
-Nie, przecież nikt nie widzi i jesteśmy sami w szkole. - śmieję się cicho drażniąc tym chłopaka. - Po co tu jesteśmy? - dodaję.
-Słuchaj, mam sprawę. - tłumaczy.
-Nie, nie będę latać po szkole z alkoholem lub dragami sprzedając je i wciskając komu popadnie, aby tylko uzyskać dla ciebie kasę, której mi nie dasz za ciężką pracę. - odpowiadam, na co Payne wybucha śmiechem.
Szczerze powiedziawszy, ta rozmowa należy do najlepszych z nim przeprowadzonych. Na razie nieźle się zapowiada.
-Nie o to chodzi, ale podoba mi się twój zamiar. - mówi.
-Gadaj szybko, bo siedzę jak dziwka w męskim klopie. Zaraz ktoś nas pewnie przyłapie, znając moje nieszczęście.
-Yhh. Przyjaźnisz się z Amy Lee? - pyta.
-Co to ma do tego?
-Przyjaźnisz się czy nie? - podnosi ton.
-Jeśli tak, to co?
-Jeny, Racquelle, odpowiedz na proste pytanie. Tak, czy nie?
-Nie jestem jej przyjaciółką, ale się dogadujemy.
-Powiadasz... Bo ona podoba się Zaynowi. - mówi, a ja mrużę oczy.
-Mojemu koledze. - dodaje.
-Aaaa, temu mulatowi? - pytam.
-Tak.
-No i co dalej?
-No więc musisz spytać się jej co o nim sądzi. Teraz. - naciska na słowo 'teraz'
-Dobra, jaki zysk lub cokolwiek za pomoc? - pytam chłopaka siedzącego obok.
-Satysfakcja, że pomogłaś biednemu przyjacielowi? - pyta i się znów słodko uśmiecha.
-Przyjacielowi powiadasz? - ledwo przez gardło mi przechodzi to słowo.
-No.. - jąka się.
-Nie, Liam. Nie jesteście moimi przyjaciółmi, ale pomogę. Z dobroci. - zgadzam się.
-Jesteś kochana. - mówi.
-Ey, ey, ey, przystopuj ! Jeszcze kilkanaście minut temu kpiłeś ze mnie i mojej rozmowy z tym przydupasem.
-Przepraszam?
-Obiecaj, że nie będziesz mnie krzywdził do końca drugiego tygodnia, albo nie wykonam. - każę mu przysiąc.
-Obiecuję, nie będzie tego aż do następnego tygodnia. - przykłada dłoń do serca.
-Końca następnego tygodnia. - poprawiam go.
-Oj tam, niech ci będzie. - mówi.
Uśmiecham się do niego, po czym wstajemy z zimnej podłogi. Gdy mam zamiar wyjść, on chwyta mój nadgarstek. Marszczę brwi. Podchodzi do mnie na niebezpieczną odległość. Chrząkam.
-Dziękuję. - szepcze mi do ucha i odchodzi, a ja oddycham z ulgą.
Teraz iść do Amy. O Boże.
Podchodzę do dziewczyny, która siedzi na ławce i czyta "Ania z zielonego wzgórza". Na prawdę chyba jej się nudzi. Dosiadam się do niej i zaczynam rozmowę.
-Co tam? - pytam.
-Okej. - odpowiada.
-Mam pytanie.
-Słucham?
-Co sądzisz o Zaynie Maliku?
-Słucham? - pyta z niedowierzeniem na moje słowa.
-Co sądzisz o Zaynie Maliku? - powtarzam.
-Kpisz sobie?
-Nie-e.
-Nieważne, okej?
Przewracam oczami i idę szukać Liama. Co ja mu powiem? Że dziewczyna nie chce mi powiedzieć. Chyba tak, uniknę kłopotów.
Gdy go wreszcie znajduję, opowiadam mu wszystko, co powiedziała Amy Lee.
-Kurwa. - klnie pod nosem. Nienawidzę przekleństw.
-Liam. Proszę, nie przeklinaj przy mnie. - karcę go, na co on odchodzi.
WIDZISZ? ZOSTAW KOMENTARZ :)
Super bedziesz gdzieś informować o rozdziałach ? ♥
OdpowiedzUsuńAAAA, NIENAWIDZĘ CIĘ ZA TO, ŻE TAK WSPANIALE PISZESZ -.- <3
OdpowiedzUsuń1. LIAM TO DEBIL. NAJPIERW DOKUCZA ROCKY, POTEM JEST MIŁY ><
2. PISZ TEN NECT!
3. ON NIE MOŻE.......
PZDR, NICOLA XOOX
Zajebiste ♥
OdpowiedzUsuńSuper piszesz. Ciekawa historia :)
OdpowiedzUsuńNienawidzi jak ktoś klnie ?! ;oo
OdpowiedzUsuń<3
OdpowiedzUsuń